Dawna kuchnia, choć prosta i często monotonna, była pełna życia i emocji. Opowieści, które usłyszeliśmy, doskonale pokazują, jak bardzo smak potraw wiązał się z rodzinnymi historiami.
Czasem były to historie o słodkim smaku rarytasu, na który czekało się cały rok. Jedna z seniorek opowiedziała nam anegdotę o pączkach smażonych na ostatki: „Na ostatki, mama piekła paczki przez 3 dni. Bardzo marzyliśmy aby zjeść pączki z marmoladą. Pewnego razu mama ją kupiła – wymarzoną marmoladę! Wtedy był to rarytas! Jednak następnego dnia okazało się że marmolada znikła … Rodzinne śledztwo wykazało winnego. Brat się przyznał z zakłopotaniem: >>jo żem zjodł<<„. Ta krótka historia doskonale oddaje wartość i pożądanie czegoś tak prostego jak marmolada.
Inne opowieści pokazują skomplikowane relacje rodzinne i dziecięcą percepcję smaku. Któż z nas nie uważał, że u kogoś jedzenie smakuje lepiej? Jak opowiada jedna z naszych rozmówczyń: “Moja siostra Marysia świeża mężatka wróciła z pracy i nie miała czasu ugotować więc poszła do matki i ta odlała sobie trochę jej zupy do garnka dla zięcia. Tymczasem do owej młodej mężatki przyszła po szkole młodsza siostra Jadzia (…) i pyta: Marysia ugotowałaś coś? Marysia mówi tak, ugotowałam zupę, chcesz? Tak.
Zjadła i mówi: >>Bo widzisz mama to ugotowała takie byle co, a Twoja zupa to lepsza<<„. Oczywiście, siostra Jadzia nie wiedziała, że zjadła dokładnie tę samą zupę, którą ugotowała jej mama!
Podobnie magiczny wydawał się kompot u cioci. Jeden z wnuków, choć chwalony za picie wody, zachwycał się kompotem u jednej z ciotek. Jak wspomina jego babcia: „Ja również gotowałam kompot (…) i przyjeżdża jego tata i pyta się jak ci u babci? (…) Dobrze Cię karmią? No dobrze (…) i tak też się babcia stara i gotuje dla mnie i ten kompot, ale takie jak u cioci Tereski to nie umie zrobić!” . Do dziś nie wiadomo, co takiego „magicznego” miała w sobie receptura cioci Tereski.
Wspomnienia te pokazują też wyraźne zderzenie pokoleń i zmianę naszych kulinarnych przyzwyczajeń. Świat, w którym królowały prażuchy i wodzianka, musiał zmierzyć się z nowymi smakami. Zabawną anegdotę przytoczyła jedna z seniorek, wspominając wizytę kolegi swojego wnuka: „Kiedyś do mojego wnuka przyszedł kolega z sąsiedztwa i prawie jedliśmy sałatkę z pomidorów ze śmietaną. I on to zobaczył i mówi: 'O Jezu znowu sałatka z pomidorów? U babci jak wołam jeść to na śniadanie sałatka z pomidorów, na kolacje sałatka z pomidorów a człowiek zjadłby jakiś kawałek pizzy!'”.
Jedzenie było też nieodłączną częścią życia społecznego, opartego na współpracy i wzajemnej pomocy. W świecie, gdzie „nic się nie marnowało”, dzielenie się było naturalne. „Dzieliło między bliskich, rodziną np. podczas świniobicia „pożyczało się” ćwiartkę zabitego zwierzęcia, a za kilka miesięcy odbierało się, gdy sąsiad zabijał swoje”. Podobnie było z chlebem: „wypiekało się 4 bochenki a 2 dawało się np. siostrze która piekła za klika dni, w ten sposób dzielono się pracą i miało się świeże produkty” .
Te opowieści – zabawne, nostalgiczne i pełne ciepła – są duszą tej książki. Pokazują, że przepisy to nie tylko technika, ale przede wszystkim ludzie, którzy je tworzyli i historie, które działy się przy wspólnym stole.

